Tallinn – stare miasto

Celem naszych motocyklowych wakacji w 2018 roku był Tallin. Głównym powodem wyboru akurat tego kierunku było to, że były to pierwsze samodzielne wakacje Izy, jako pełnoprawnego motocyklisty. A ponadto jeszcze nas tam nie było 😉 W sumie wyszło 6 dni jazdy i zwiedzania po drodze, aż udało się dotrzeć do celu. Najszybsza trasa z Krakowa to ok. 1200 km, jednak my zrobiliśmy blisko 1700 km. No cóż, tak to jest, jak chce się za dużo po drodze zobaczyć 🙂

Tallin jest stolicą i największym miastem Estonii. Jako miasto/osada był już znany w X wieku. Prawa miejskie uzyskał za sprawą Duńczyków w 1248 roku. Od samego początku bliskość morza sprzyjała rozwojowi miasta, ale powodowała też jego kłopoty z innymi nacjami. O wpływy w mieście ścierali się lokalni Estończycy, Duńczycy, Kawalerzy Mieczowi z Inflant, czy fińscy kupcy. Pod koniec XVI wieku, podczas wojny o Inflanty, o wpływy w Tallinie walczyły Polska, Rosja i Dania oraz Szwecja, która przejęła miasto. Później przez kolejne 200 lat rządziła Rosja. W 1918 roku, kiedy powstała Republika Estońska, miasto miało chwilę wytchnienia, aż do II Wojny Światowej, kiedy zostało zajęte przez Niemców, a od 1945 ponownie przez Rosjan. Aż do rozpadu ZSRR, Estonia wraz z Tallinem, była traktowana jako część Związku Radzieckiego. Dopiero po wyzwoleniu, miasto zaczęło odzyskiwać swoje zachodnie oblicze.

Zabytkowe Stare Miasto, wpisane w 1997 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO, dzieli się na dwie główne części: górną część, zwaną Toompea (wzgórze katedralne), która jest wyższa o ok. 30 metrów od otaczających ją terenów, oraz dolną rozpościerającą się u jej stóp.

W górnej części miasta, w starym zamku Toompea, znajduje się obecnie pałac prezydencki. Na samym wzgórzu jest też siedziba rządu, kilka ambasad, luterańska katedra i bardzo charakterystyczny Sobór św. Aleksandra Newskiego. Budynek soboru wygląda z zewnątrz malowniczo (o ile nie ma wokół niego rusztowań), a w środku wprost powala złotymi zdobieniami. Niestety dla „cywilnych” turystów jest całkowity zakaz robienia zdjęć, nie wspominając już o użyciu statywu, tak więc musieliśmy się obejść bez uwiecznienia tego, co oglądaliśmy.

Tak, jak górne miasto było dedykowane dla szlachty i władców, tak i dolne miało swoją rolę już od średniowiecza. Praktycznie od samego początku osiadali w nim kupcy wszelkim towarem i istniały w nim estońskie, skandynawskie, rosyjskie i niemieckie osady handlowe. Główny rozkwit nastąpił w XV wieku, kiedy został zbudowany ratusz, a drewniane domy kupieckie przebudowano na kamienne. Obecnie prawie cała część dolnego miasta ma zachowany swój średniowieczny charakter, z wąskimi i krętymi uliczkami i mieszczańskimi domami skupionymi wokół głównego placu z ratuszem. W obrębie murów znajduje się także kilka średniowiecznych kościołów, w tym kościół św. Olafa, powstały jeszcze przed lokacją Tallina.

Z całą pewnością możemy powiedzieć, że Tallin był najładniejszym miastem, jakie było nam oglądać podczas całej wyprawy. Naprawdę ani Ryga, ani Wilno nie mogły się mu równać. Jego położenie nad morzem, podział na dwa miasta (górne i dolne), stare budynki i urocze zakątki powodują, że jest ono naprawdę wyjątkowe. Obstawiam, że tak 3 dni trzeba poświęcić minimum na jego zwiedzenie, a znacznie więcej, jeśli chce się oglądać też jakieś muzea itp. Nam tego czasu niestety trochę brakło, ale miasto nas zachwyciło i pewnie jeszcze postaramy się tutaj wrócić.

Garść ciekawostek poniżej:

Pierwsza nazwa Tallina pojawia się już w XII wieku, jako Kaluri czy Kolywań. Oprócz tego historyczne nazwy miasta to Rewal i Lindanisa. Obecna nazwa obowiązuje dopiero od roku 1918.

W stolicy żyje około 33% wszystkich mieszkańców Estonii, czyli ok 440 tysięcy osób. Gdyby był w Polsce, to byłby dopiero 7 na liście najludniejszych miast – pomiędzy Gdańskiem a Szczecinem. Na ulicach słychać wyraźnie wielokulturowość miasta, 53% ludności stanowią Estończycy, 38% Rosjanie (w związku z przeszłością historyczną kraju), a ok 9% inne nacje (Ukraińcy, Białorusini, Finowie i inni).

Jeśli chodzi o ceny w Tallinie – to jest on wyraźniej droższy od reszty kraju. Zwłaszcza jeśli mówimy o noclegach, czy restauracjach. Jest to związane z jego bliskością do Helsinek i częstymi wizytami znacznie bogatszych Finów, tylko w celach zakupowych. Okolice portu są pełne różnej maści sklepów (głównie z alkoholem), gdzie towary mimo tego, że drogie, to są w dalszym ciągu znacznie tańsze, niż po fińskiej stronie zatoki.

Jako bonus – zachód słońca nad Bałtykiem. W momencie robienia zdjęcia była godzina 23:10 czasu lokalnego – co było dla nas niezłym zaskoczeniem 🙂 No ale to nasz pierwszy raz, jak dotarliśmy tak „daleko” na północ.

PS. Będąc na rynku, warto zajrzeć do mini restauracji, utrzymanej w klimatach średniowiecznych, ze wspaniałą obsługą, podającej zupę z łosia. Jej nazwa to „Ill Draakon„, a wejście znajduje się od północnej strony budynku. Będziecie mile zaskoczeni 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *