Park Narodowy Laheema

Laheema jest parkiem narodowym znajdującym się jakąś godzinę jazdy na wschód od Tallina (ok. 70 kilometrów). Na mapie wygląda jak korona, a to za sprawą czterech półwyspów wychodzących w Morze Bałtyckie. Park narodowy został założony w 1971 roku. Jego powierzchnia wynosi około 725 km2 , z czego mniej-więcej jedna trzecia stanowi morze. Z taką powierzchnią jest jednym z największych parków w Europie. Większą część parku pokrywają lasy iglaste, typowe dla Estonii, gdzie można spotkać łosie, dziki, wilki, niedźwiedzie czy rysie. Jest tu dużo bagien, pojedyncze wodospady, i pewnie masę innych ciekawostek przyrodniczych, których nie udało nam się zobaczyć 😉

Mając ograniczony czas postanowiliśmy się skupić na zobaczeniu konkretnych rzeczy, zamiast na bezcelowym szwendaniu. Do Viru raba, czyli bagna Viru, trafiliśmy z polecenia osoby, która w Estonii spędziła kilka miesięcy i zaproponowała to miejsce (dzięki Lemur!). Całość to ok 3.5-kilometrowa ścieżka edukacyjna po bagnie, gdzie część z niej jest dostępna z wózkami dziecięcymi czy inwalidzkimi. Na trasie spotykamy tablice informacyjne, a większość drogi prowadzi po ułożonych drewnianych „ścieżkach”. Mniej więcej na środku znajduje się wieża widokowa, skąd można zobaczyć sporą część bagien z góry. Warto się wybrać tutaj rano, bo można trafić na niesamowite mgły, a przy okazji uniknie się mocnego słońca, które przez brak cienia potrafi przygrzać (przynajmniej w środku lata). No i rano będzie zdecydowanie mniej ludzi, co ma znaczenie przy parkowaniu (parking jest naprawdę nieduży, potem trzeba stawać wzdłuż drogi). Dodatkowo jak trafimy na grupę fińskich emerytów, to na wąskich kładkach może być problem z wyprzedzaniem 😀

Z Viru Raba kierujemy się w stronę miejscowości Käsmu. Iza wyszukała, że jest tam plaża, gdzie jest sporo głazów narzutowych i jest to potencjalnie ciekawe miejsce. Drogi przez park narodowy są wąskie, a na dodatek mają masę żwiru lub są kiepskiej jakości, więc jedziemy ostrożnie. Miejscowości prawie żadnych po drodze, same lasy i nic więcej. Jedziemy wg wskazań GPS na prawie sam koniec miejscowości. Z parkingu i tak czeka nas jeszcze kilkaset metrów spaceru. Tutaj widać, że to typowa nadmorska miejscowość turystyczna. Wszędzie gdzie się da stoją kampery lub samochody na zagranicznych rejestracjach.

Dochodząc do morza, natrafiamy jeszcze na jakiś stary bunkier z II Wojny Światowej, ale ciężko stwierdzić, jakie było tutaj jego przeznaczenie. Na plaży znajdujemy całkiem sporo kamieni, w tym największy – Vana Jüri (stary Jurek). Są to głazy narzutowe, przyniesione tutaj z północy wraz z lodowcem w trakcie plejstocenu. Lód się stopił, a one zostały, tworząc malowniczy i niepowtarzalny nadmorski krajobraz. Vana Jüri jest najprawdopodobniej fragmentem większej skały, ale mimo, że się odłamał, to ma wymiary około 6 x 7 x 7 metrów. Robi wrażenie – zobaczcie poniżej.

Z ciekawszych rzeczy, których niestety nie udało nam się zwiedzić, to warte zobaczenia są pozostałości radzieckiej bazy łodzi podwodnych, zbudowanej w latach 50-tych ubiegłego wieku, w miejscowości Hara. Na terenie parku są też 4 ciekawe dwory ukryte pośród lasów, znajdują się one w miejscowościach: Vihula, Palmse, Kolga i Sagadi.

Na koniec dwie przestrogi – przed wjazdem do Laheemy, na pewno warto wcześniej zatankować. My zapomnieliśmy. Na szczęście w środku lasu było coś, co ciężko nazwać stacją benzynową (przynajmniej taką, jakie znamy z Polski). Zwłaszcza, że obsługa tam nie mówi po angielsku, a godziny otwarcia tego przybytku są nieznane. No i ostrożnie z używaniem google maps jako nawigacji – czasem mogą wyprowadzić w pole lub jakąś całkiem offroadową droge, którą nie zawsze chce się jechać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *