Tatry – jesienne Czerwone Wierchy

Tatrzańskie Czerwone Wierchy, mimo że takie popularne, to były dla nas jako pary podróżników do tej pory niezdobyte. Dopiero w tym roku, gdzie bardziej aktywnie wzięliśmy się za góry, padł plan, żeby „zaliczyć” je jesienią, kiedy faktycznie są czerwone. Trochę oczekiwaliśmy na unormowanie pogody i wolny czas, no i gdy nadarzyła się okazja – musieliśmy to wykorzystać i przy okazji zrobić panoramy.

Kto rano wstaje… ten idzie w góry

Jak już wspominaliśmy przy naszej wyprawie do Małej Fatry, chodzenie w góry wymaga poświęcenia, jakim jest wczesne wstawanie. Bo i daleko, żeby dojechać, i jesienią dzień jest krótszy. A poza tym wychodząc wcześnie na szlak, omijamy tłumy ludzi, które później się zebrały w góry… przynajmniej w teorii 🙂

Z Krakowa wyruszamy o 5 rano. Po 2 godzinach jesteśmy w Kirach już przy wejściu do Doliny Kościeliskiej. Budki TPNu jeszcze nieczynne, więc tym razem bez biletu. Pomimo poranka trochę ludzi zaczyna się już przewijać, co sugeruje, że na trasie może być większy ruch. Pniemy się po szlaku całkiem żwawo, tak że już po kilkudziesięciu metrach podejścia pod górę zaczyna robić się za ciepło i trzeba zrzucać niektóre warstwy ubrań. Na szlaku non stop towarzyszą nam inni turyści, praktycznie nie ma szans na chwilę ciszy i samotności.

Zwykle robiąc panoramy wyczekujemy odpowiedniego momentu, kiedy w kadrze jest najmniej osób. Ze względu na ilość turystów w tym przypadku nie chcemy czekać i tracić czasu, dlatego nie robimy zdjęć na trasie. Wolimy skupić się na poszczególnych szczytach, gdzie są lepsze widoki. O godzinie 10:30 meldujemy się na pierwszym szczycie z pasma Czerwonych Wierchów – czyli Ciemniaku.

Ciemniak (2096 m n.p.m.) – najbardziej zachodni szczyt Czerwonych Wierchów

Widokowe pasmo czerwonych gór

Nazwa „Czerwone Wierchy” pochodzi od czerwono-brązowej barwy, którą te góry mają zazwyczaj jesienią. Kolor ten bierze się od rośliny sit skucina, która to porasta całe zbocza tego masywu. Dojrzewając zmienia swój kolor na czerwonawy – nadając górom właśnie tą barwę.

Fragment grzbietu jest jednym z ciekawszych etapów tej wycieczki. Biegnie on wzdłuż granicy polsko-słowackiej i jest mocno widokowy. Patrząc za siebie widzimy Tatry Zachodnie (do których Czerwone Wierchy należą), wraz z kawałkiem Małej Fatry. Na wprost mamy Tatry Wysokie, łącznie z ich najwyższym szczytem, czyli Gerlachem. Kierunek południowy to słowackie doliny i Niskie Tatry. Patrząc na północ widać praktycznie całe Podhale, Babią Górę, Gorce, Pieniny czy Beskid Wyspowy. Pewnie na panoramach poniżej, ze względu na jakość, nie będzie tego dokładnie widać. Jednak będąc na miejscu i mając dobrą pogodę, z lornetką można dostrzec nawet szczyty Beskidu Niskiego.

Taka panorama towarzyszy na praktycznie każdym z tych szczytów, więc ten etap wycieczki robimy najwolniej. Dużo przerw, co chwile wyciąganie aparatu czy statywu do zdjęć. Jedyny minus to wspomniane tłumy ludzi, którzy są praktycznie wszędzie. No ale skoro pogoda dopisała, to widać, że więcej osób starało się to wykorzystać i spędzić czas aktywnie.

Krzesanica (2122 m n.p.m.) – najwyższy ze szczytów

Późna pora, zmiana planów, niesforni turyści

„Niestety” ładna pogoda powoduje opóźnienia. Na grani jest lekki wiatr, ale przygrzewające słońce mocno rozleniwia. Przerwy na wylegiwanie się i podziwianie widoków, robienie panoram (z czekaniem aż część turystów się ulotni)… no niestety schodzi. To chyba jeden z minusów tego panoramicznego hobby – zawsze czas wycieczki się przedłuża.

Patrzymy na zegarek i na mapę i następuje zmiana planów. Niestety tym razem musimy odpuścić ostatni czwarty szczyt, czyli Kopę Kondracką. Decydujemy się na wariant zejścia niebieskim szlakiem na Kobylarz i dalej przez Przysłop Miętusi, Ścieżką Nad Reglami do samochodu.

Początek zejścia z Małołączniaka jest dość łagodny. Po prawej stronie można podziwiać Giewont, który od „drugiej strony” wygląda zupełnie inaczej, niż od strony Zakopanego. Jednak z czasem szlak nabiera sporo ostrości i zejście zaczyna męczyć kolana. Najgorszy fragment jest w Kobylarzowym Żlebie. Natrafiamy na grupę tak około 20 ludzi stojących na dość wąskim szlaku. Pierwsza myśl – „no to sobie znaleźli miejsce na odpoczynek”. Jednak okazuje się, że przed nami jest fragment łańcucha (około 5 metrów ostrzejszego zejścia), no i zrobił się korek. Ludzie, którzy nie do końca wiedzą jak sobie radzić z łańcuchami, schodzą dużo wolniej lub rezygnują przy próbie zejścia. Na naszych oczach chyba 3 osoby odpuściły – chociaż ciekawi mnie co zrobiły dalej, bo powrót na Małołączniak i zejście w dół przez Kopę Kondracką chyba nie wchodziło w grę.

Małołączniak (2096 m n.p.m.) – ostatni szczyt naszej wycieczki

W każdym razie, od Kobylarzowego Żlebu szlak traci swój urok. Wchodzimy w las, widoki już praktycznie żadne, tylko droga w dół. O dziwo, pomimo pory, mijamy jeszcze pojedynczych turystów, którzy prą do góry. Nie wiemy, gdzie się wybierają, mamy tylko nadzieję, że wiedzą co robią 😉

Ostatni postój robimy na Przysłopie Miętusim, gdzie jest dobre miejsce do odpoczynku oraz dobre widoki na Giewont i Czerwone Wierchy. Szybka kanapka, herbata i jeszcze godzina drogi do samochodu.

Męczące górskie powroty

mapa trasy po czerwonych wierchach
Nasza trasa z Kirów – źródło: mapa-turystyczna.pl

Do samochodu docieramy o 17:30, czyli w sumie cała trasa, która według map powinna zająć około 9 godzin, nam zajmuje 10.5. Biorąc pod uwagę wszelkie postoje, to nie tak źle.

Dziarsko ruszamy z parkingu, jednak po kilku kilometrach grzęźniemy. Pracujące szare komórki uświadomiły nas, że wpadliśmy w turystyczny korek. Zawsze jeżdżąc motocyklami, wszelkie korki mijaliśmy bokiem, a teraz niestety, ale trzeba stać. Trasa do domu zajmuje nam ponad 3 godziny, gdzie przez pierwszą godzinę pokonujemy 10 kilometrów. Słuchając komunikatów radiowych, dowiadujemy się, że praktycznie wszystkie turystycznie popularne miejsca w Polsce zostały „zalane” przez ludzi – właśnie ze względu na ładną pogodę. Czyli nie jesteśmy wyjątkami 😉

Co do wycieczki, to nawet pomimo nie całkiem zrealizowanego planu musimy ją uznać za udaną. Pogoda dopisała, udało się przejść trasę bez urazów czy kontuzji, a na dodatek mieliśmy ładne widoki i możliwość zrobienia panoram.

Czerwone Wierchy są chyba przez wszystkich polecane jako dobry początek przygody z wyższymi górami, jakimi są Tatry. Stosunkowo łatwa trasa, praktycznie brak ekspozycji (co nie znaczy, że nie trzeba uważać!) – tym bardziej zachęca do wycieczek. Jednak sytuacje z łańcuchami wspomniane wyżej pokazują, że mimo wszystko to cały czas góry i dość długa piesza wycieczka przy sporych przewyższeniach. Niemniej, jednak jeśli tylko ktoś się czuje na siłach, to dla samych wrażeń widokowych zdecydowanie warto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *